Przed rozpoczęciem turnieju finałowego, obawiałem się, że czeka nas turniej bez historii. W swoich predykcjach pisaliśmy tylko o ćwierćfinałach, więc teraz już po fakcie mogę się przyznać, stawiałem, że Polska i Japonia uciekną dość daleko do przodu względem reszty stawki. Byłem niemal pewien, że to te dwie drużyny zagrają w finale i tylko zastanawiałem się, czy zdążymy dogonić, jak się wydawało, zbudowanych już i stabilnych Japończyków.
Ja akurat spodziewałem się zaciętego pojedynku USA - Japonia, i stawiałem Amerykanów w czołowej trójce turnieju. Japończycy nawet w końcowej części fazy interkontynentalnej potrafili męczyć się ze słabą w tym roku Kanadą, ale myślałem, że też dadzą radę się prześlizgnąć przez półfinał.
I nagle do gry weszło USA.
Chciałbym tu przypomnieć, że ostatni w ogóle mecz fazy interkontynentalnej to było spotkanie Polska USA, stosunkowo gładkie 3:0, bez historii. A wynik miał znaczenie dla obu drużyn, bo tam naprawdę dużo jeszcze było na szali jeśli chodzi o seeding turnieju finałowego, więc nie można mówić o oddaniu spotkania.
Od razu powiem, że nie jestem w stanie powiedzieć co właściwie stało się z USA, że udało im się tak drastycznie podnieść poziom, w tak krótkim czasie. Może po prostu trener Karch Kiraly (swoją drogą, najpotężniejszy syn koleżanki twojej starej jeśli chodzi o osiągnięcia siatkarskie) ma jakiś magiczny sposób na łapanie formy we właściwym momencie, może ich dyspozycja w ciągu tych kilku dni to przypadek, ale chyba nikt nie spodziewał się, że będzie aż tak dobrze. Z racji na to, że Amerykanie byli największą pozytywną niespodzianką i mieli najciekawszą ścieżkę w turnieju, to właśnie przez ich pryzmat chcę spojrzeć na te rozgrywki.
Bo patrząc na drugą stronę medalu: drużyny, które “zawiodły”, czyli Japonię i Włochy, to są dwie ekipy, które zderzyły się właśnie z amerykańską ścianą. W tym momencie mogę poklepać się po pleckach i zaznaczyć, że ćwierćfinałowe zwycięstwo USA nad Włochami mnie akurat nie zaskoczyło, taki wynik przewidywałem i to nawet na łamach prestiżowego portalu dziadcast. Zaskoczyła mnie za to różnica poziomów. Oczekiwałem dwóch drużyn z wyraźnymi słabościami, meczu na średnim poziomie i wymęczonego zwycięstwa tych, którzy akurat będą mniej słabi. USA miało inne plany.
Nie będę tu w szczególe opisywał tego meczu, bo trochę nie ma o czym pisać. 14 asów w trzech setach (chociaż umówmy się, na Lavii nie było szczególnie trudno tego dnia ugrać punktu zagrywką), Anderson 67% w ataku, Hanes 59%, trzy do zera w setach - czego chcieć więce?. A u Włochów Lavia bez formy, brak Michieletto bardzo odczuwalny i nie dali rady się postawić.
Potem przyszło starcie z Japonią, już sporo ciekawsze. Przez długie fragmenty wydawało się, że Japonia, nawet z Ranem grającym mocno poniżej możliwości, nie da sobie wyrwać tego meczu. Ishikawa w końcu zagrał przyzwoity mecz, Nishida długo śmigał pod rękami bloku lub ratował się kiwkami i grą z blokiem. Amerykanie nadal serwowali niesamowicie, ale tym razem “tylko” 7 asów - jednak klasa linii przyjęcia przeciwnika, to jest ukryty parametr wpływający na liczbę punktujących zagrywek.
Ale koniec końców to Amerykanie mocą na skrzydłach i właśnie w polu serwisowym zrobili różnicę wystarczająca wygrać mecz w pięciu setach. Znowu trzeba pochwalić Andersona i Hanesa, którzy trzymali ofensywę tej drużyny, zwłaszcza ten drugi zaskoczył wysokim poziomem i śmiało można mówić o turnieju życia w jego wykonaniu.
Statystyki fajnie pokazują historię zderzenia drużyny ofensywnej z defensywną: Amerykanie mają przewagę w każdym “pozytywnym” elemencie gry i w bloku, który często chodzi w parze z zagrywka. Japończycy prowadzili tylko w liczbie obron i punktów po błędzie przeciwnika. Podobnie to często wygląda w meczach tenisowych, przynajmniej tych wyrównanych: większa liczba winnerów, zazwyczaj idzie w pakiecie z większą liczbą niewymuszonych błędów. To po prostu ryzyko, które trzeba wrzucić w koszty. W tym meczu wygrała ofensywa.
I teraz można tym amerykańskim jockom powiedzieć pick on someone your own size, bo przyszedł czas na starcie z reprezentacją Polski. I może nawet wielkie liczenie centymetrów na boisku dałoby delikatną przewagę USA, to nie jest to nic o czym warto pisać do domu. Więc w końcu dostali drużynę z podobnym potencjałem fizycznym, w mocnym składzie, dobrej formie i po prostu przyzwyczajoną do wygrywania. W dodatku drużynę, która dopiero co gładko ich złoiła 3:0.
Ale tym razem w ogóle nie było gładko. Fakt faktem, rzecz jasna udało się i mamy kolejne złoto VNL, ale wymagało to niepierwszego już zresztą świetnego wejścia z ławki Kamila Semeniuka, pięciu asów i wielu bardzo trudnych zagrywek Fornala, oraz przejścia na niestandardowy system grania z Leonem na ataku. Szkoda swoją drogą Bołądzia, bo cały VNL zagrał super, ale w finale nie podołał. Aż się ciśnie na usta słynny cytat z Leszka Millera…
Amerykanie znaleźli na niego sposób, którym moim zdaniem było rozregulowanie wystaw Komendy potężną zagrywką utrudniającą przyjęcie. Gorsze rozegranie (mniej możliwości gry środkiem, niższa dokładność) pozwoliłą naszym przeciwnikom na wyblokowywanie wielu ataków (McHenry zaliczył 6 wybloków, świetny wynik), a z tyłu był Erik Shoji, który zostawił za sobą słaby sezon w Resovii i zanotował w tym meczu 12 obron.
W USA za to do grającej cały turniej genialnie dwójki Anderson + Hanes dołączyła tajna broń ukrywająca się na widoku przez cały ten czas, czyli Merrick McHenry. Gość ma w nogach taką windę, że w trakcie meczu atakuje z pułapów nieosiągalnych dla wielu zawodników nawet w sytuacji gdy nie muszę szukać piłki, tylko skaczą najwyżej jak potrafią. Do finału miał bardzo cichy turniej, za to w samym finale zrobił 14 punktów z czego 11 atakiem, a przytrzymaliśmy go mocniej dopiero w tie breaku.
Chłop zaliczył kilka ataków z pułapu powyżej 340cm, a przy najwyższym osiągnął 359cm - niesamowity widok, gdy ma kostki na poziomie dolnej taśmy siatki. Warto zobaczyć próbkę jego umiejętności
Dobrze również wspomnieć o sytuacji z końcówki trzeciego seta, gdzie ekspresyjnie cieszący się z bloku McHenry (jak widać, był ważnym graczem w meczu pod wieloma względami) rozciął łuk brwiowy Andersonowi. Przy wyrównanym stanie punktowym, można by się spodziewać, że taki cios osłabi drużynę USA - ale DeFalco, który wszedł awaryjnie za Andersona, najpierw zanotował wyblok, a potem fantastycznie przyjął bardzo trudną zagrywkę, co dało jego drużynie dwa ważne punkty, i doprowadziło do wygrania tej partii.
Sam nie jestem do końca fanem tego systemu pod tytułem “gramy krótką w zwolnionym tempie, ale za to z trzeciego piętra”. Wystawy do McHenry’ego są ewidentnie wolniejsze niż do większości środkowych, jest to koszt, który rozgrywający płacą za precyzyjne dostarczanie piłki na odpowiednią wysokość. To może trochę utrudniać granie pajpa i zdecydowanie utrudnia granie “nakładanych” piłek gdzie na małej przestrzeni znajdują się środkowy i lewoskrzydłowy. Rozregulowuje też rozgrywającego, co było widać na tym turnieju kilkukrotnie jak Christenson przerzucał piłkę nad Averillem do nikogo.
W finale spotkały się dwie drużyny serwujące potężnie, w asach skończyło się na 8:4 dla Polski, ale oglądając mecz byłem przekonany, że to Amerykanie są groźniejsi w polu serwisowym. Zabawne za to, że mimo tych wszystkich kanonierów na boisku, to właśnie przy floatowej zagrywce Komendy i dobrej grze blokiem zdecydowały się losy tie breaka i, co za tym idzie, tytułu. Polska gurom.